Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Latarnia czarnoxięzka Tom II.djvu/147

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Sawka rzucił się do nóg i począł całować.
— Niechaj pani będzie łaskawa, niechaj się pani zmiłuje — my się lubim z Naścią, niechaj pani nieszczęśliwych nie robi. Ja się utopię. —
— Słyszeliście! zawołała pani Sulmirzycka ze śmiéchem — a to osobliwość! Prosty chłop i rzeczy takie gada! Cha! cha! Słyszałeś panie Antośkowicz —
Pan Antośkowicz śmiał się sobie nakładając fajkę i poglądając z podełba na Sawkę —
— Romansowy kawaler, odezwał się — ruszaj sobie z Bogiem i powiédz Rządzcy, że z tego nic nie będzie.
Sawka jeszcze raz upadł im do nóg, ale to nic nie pomogło, kazano mu iść za drzwi. Tylko co smutny próg przestąpił, wychyliła się za nim sama pani i zawołała.
— Albo wiész co, jak mi zapłacisz, to pozwolę —
Sawka stanął. — Ja biédny, cóż ja dam, choćbym wszystko dał, to nie będzie tego wiele —
— Dasz pięćdziesiąt rubli, Naścia twoja