Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Latarnia czarnoxięzka Tom II.djvu/140

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wstać z niéj więcéj. I te chwile starości, sąż to chwile odpoczynku? spokoju? O nie! dzieci niemają litości, bo ich życie litować się nie nauczyło, nie znają uszanowania, bo strachem rządzeni, nie pojmują tego uczucia — biédny starzec posługuje swym dzieciom, a często obléwa łzami kawałek chleba, któren mu z wymówką podają. — O! bo naszemu chłopkowi po kilku latach swawoli dziecinnéj, ciężkie życie, ciężkie życie i nie dziwcie się gdy widzicie, jak się spokojnie kładnie na śmierć, jak zimno żegna swoich, jak obojętnie mówi —
— Już mnie dziś umrzéć!
Nie dziwcie, śmierć im wesoła, śmierć im, to spoczynek pod brzozą na zielonym smętarzu, spoczynek za którym wzdychają, bo go nie mieli chwili w życiu całém.
Sawka zbliżył się do starego ojca Naści i jak uczciwość kazała, zdjął czapkę i zbliżył się sięgając po rękę, aby ją ucałować.
— Bóg wam zapłać, za chléb wasz i za pomoc waszą, rzekł — dziękuję wam za wszystko, bo czas iść do swoich. Nie zapominajcie o Sawce, jak wam będzie czego