Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Latarnia czarnoxięzka Tom II.djvu/137

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


że okiem szła do głębi duszy i patrzyła na jego myśli.
Tak w kilka dni spoufalili się z sobą. Czasem on z nią siadał we wrotach i obejmował ją w pół i całował, choć się broniła i kraśniała i obiecywał jéj przysłać swaty, jak tylko burza minie i do chaty powróci.
— Gdzie tam, gdzie tam, mówiła mu na to po cichu dziewczyna, wy tak sobie ze mnie szydzicie, a jak powrócicie do swoich, to łatwo wam będzie zapomniéć o Naści.
— Oj! nie zapomnę, mówił Sawka, póki życia stanie, prędzéj by o ojcu rodzonym zapomniał, niż o tobie gołąbko moja. Prędzéj by zapomniał o sobie —
A dziewczyna chowała oczy, to odpychała Sawkę, to uciekała od niego.
I Sawce coraz mniéj nudno było w stodole, bo Naścia coraz częściéj przychodziła do niego. Potrafiła ona przed matką i ojcem ukryć swoje wycieczki, a czasem taki i oni ją wysyłali — A kiedy brat młodszy iść miał z chlebem dla Sawki, to wyprosiła Naścia u niego, że gdzieindziéj poszedł i sama biegła.