Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Latarnia czarnoxięzka Tom II.djvu/095

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


tuż obowiązki zaraz. Jeszcze na niepewnych kołysze się nogach, już pasie gęsi na wiejskim wygonie, już pilnuje cieląt, które szukają zielonéj trawy w burzanach dzikiego bzu, za wśią rosnących, już ojcu nosi dwojaczki w pole, już w chacie tysiące posług czynić musi. I nie zapłacze dziecina od znoju i pracy, chyba go psy nastraszą, chyba mu się garnki potłuką i matka obije i ojciec za czuprynę podgoloną wytarga. — Już mały, a potrzebny i rozum mu rośnie z siłami.
Patrzcie co umié Sawka, choć on chłopięciem takiém ledwie, jakie u panów chodzi z niańką na paskach. — W Cerkwi żegna się i czołem bije, gdy wiodą zmarłego z bochenkiem chleba na białéj trumnie, on rzuci garść piasku pod koła wozu, gdy pan przejeżdża, on się do ziemi pokłoni, aż długiemi włosy proch przed nim zamiecie; on wié gdzie wypas wolny, gdzie szkoda, on zna wieś i chaty, on poznał miary, on odróżni swoje bydełko od cudzego, swoje siedmioro owiec od sąsiednich choć i te i te czarne i kudłate, on wié drogę do siół sąsiednich, do lasu, do karczemki na rozdróżu, gdzie