Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Jelita t.I.djvu/051

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Musiałem z samym Luderem mówić i to na cztery oczy... Do Bromberga aż musiałem, aby go pochwycić.
Wojewoda słuchał widocznie z zajęciem wielkiem, dech wstrzymywał, oczy mu się zaiskrzyły.
Petrek jakby tej niecierpliwości dowiedzenia się skutku nie rozumiał, mówił przechwalając się obojętnie.
— Przyjęli mnie bardzo dobrze, jak starego znajomego i towarzysza broni. W Toruniu musiałem z niemi pić całą noc... Ochota okrutna, bo się na tę wyprawę z wielkiem sercem gotują, a dali sobie hasło w pień ciąć co napadną i palić żeby jedna chata ni budynek po nich nie pozostał...
Mówią że korzystać chcą z tego iż króla Jana z sobą nie będą mieć w początku wyprawy, bo Czech im ludzi wyrzynać nie dawał a chrzcić kazał, czego mu darować nie mogą.
— Ale cóż mistrz? co mistrz? przerwał wojewoda.
— Mistrz też mnie przyjął dobrze i zaraz do rozmowy dopuścił, mówił Petrek, choć gości dostojnych miał z Anglji i Niemiec, których przyjmować musiał.
— Cóż rzekł? co? wtrącił Wincz — mów, a nie trzymaj mnie na wolnem ogniu.
— Zdawał się radować postanowieniu waszemu — odezwał się Petrek — ale cóż? ogól-