Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Jelita t.I.djvu/052

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nemi słowy tylko się ze mną o tem rozgadał, wciąż powtarzając jedno. — Sam z wojewodą o tem muszę się układać.
Chce abyście do niego przybyli.
— Mówiliście mu warunki moje! pytał Wincz.
— Juściż to było najpierwszem — rzekł Petrek, iż chcecie i domagacie się aby waszego kraju nie napastowali i nie niszczyli, a uważali go jako sprzymierzony. Na to mi rzekł kwaśno mistrz, iż do arcybiskupa Gnieznieńskiego żal ma i na nim się mścić musi, ani mu może darować, choć na tej ziemi siedzi.
Nachmurzył się wojewoda.
— Ciągną już! gdzie są! zawołał...
— Myślę że koło Torunia się zbiorą wszyscy, i mistrza tam też zastaniecie, ale prędko potrzeba iść, aby was wyprzedzając nie rozlali się na Wielką Polskę...
Wojewoda na ławę przysiadłszy zadumał się.
— Pojedziecie ze mną — rzekł po namyśle.
— Rozumie się że nie odstąpię was — prędko dorzucił Petrek. Nie pochlebiając sobie, trudno by też było bezemnie który wszystkie drogi i przesmyki znam i rozmówić się z niemi umiem, — dostać się z całą głową do Krzyżaków.
Wojewoda wstał, popatrzył na podłogę, podumał.
— Cicho — rzekł — cicho — zapowiedzą się łowy na jutro, pojedziemy w lasy, wy ze mną,