Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Jelita t.I.djvu/045

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wojewoda korzystając z tego wyśliznął się z sypialni, przeszedł wielką izbę pierwszą i nie zatrzymał się aż w podsieni u słupów. Tu już był Dobek, który wstał raniej. Nie powitali się nawet. Wojewoda był gniewny i wzruszony.
Zwrócił się do niego.
— Niemasz tu już co dłużej gościć — rzekł — wiesz czego żądam... Jedź.
Dobek popatrzył mu w oczy.
— Jam głową domu, jam wojewodą waszym, nie zrzucili mnie jeszcze... posłuchu żądam, posłuch mieć muszę. Nie proszę o radę nikogo. Jedź — a spiesz.
Dobek tak go widział poruszonym, iż długo przemówić nie mógł.
— Do dziś dnia — odezwał się w końcu — byłem gałęzi mej Nałęczowego zawołania głową, — ale od dziś nie chcę być więcej. Stawcie na miejsce moje innego, ja tam gdzie wy, nie pójdę.
Wincz natarł nań grożno.
— Wieszże ty dokąd ja idę? zawołał.
— Wiem — rzekł Dobek stanowczo — i dla tego z wami iść nie chcę.
Zwrócił się wołając na swych ludzi. Wczoraj łagodny i miękki, Dobek dziś występował męzko i śmiało, wojewoda zamruczał tylko i podniosłszy głos:
— Bez jednego człeka obejść się łatwo — zawołał śmiejąc się złośliwie. Z panem Bogiem!