Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Jelita t.I.djvu/042

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


W pół mroku stała przed nim postać niewieścia, w długich szatach podróżnych, w białej zawitce dokoła twarzy i pod brodą, w czapce na głowie z chustą białą w ręku. Stała i ręce złożywszy zwisłe patrzała nań z politowaniem i przestrachem razem.
Twarz, którą biały rąbek otulał, piękna niegdyś, była jeszcze urodziwą, szlachetną, a słodyczy pełną, razem i męztwa nie niewieściego. Wielkie czarne oczy w oprawie powiek zarysowanych wdzięcznie, patrzały łzawo ale śmiało, i brwi nad niemi ciemne jakiś ból ściągał. Wyraz jego piętnował i usta małe a zbladłe.
Panią i matronę poznawać w niej było łatwo, która choć niewiastą, więc ledwie na pół wolną się czuła, zachowała powagę i wiarę w moc swoją.
Patrzała tak na spiącego jakby stała nad kolebką chorego dziecka, zrozpaczona i mężna, ufająca w Bogu.
Wojewoda podniósł głowę, oczy przetarł, obejrzał się do koła, jakby nie wierzył im i potrzebował przypomnieć sobie kędy się znajduje. Ona wciąż milcząc wpatrywała się jeszcze, a potem rzuciwszy nagle z wybuchem płaczu i jęku zawiesiła mu się na szyi.
— Halka? co ty tu? zamruczał poruszając się Wincz... Halka?! tutaj?...
— Tak — tutaj aż zbiegłam za tobą, ode-