Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Jelita t.I.djvu/041

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Po cichu rzekł Włostek.
— Nie już tak pilno królowi służyć, kiedy on nas...
Nie dokończył; wojewoda tylko nań spojrzał, i po ramieniu go uderzył.
— Ludzi trzeba, rzekł porywczo, a co potem — mnie wiedzieć... Idź — a spraw się.
W drugiej izbie zgotowane było posłanie dla Wincza, nie na łożu bo go tam brakło, ani na tarczanie bo i tego nie było we dworze, ale obozowe na ziemi, skórami pokryte.
Podszedł Wincz ku niemu, popatrzał, lecz układać się do snu nie miał ochoty.
Pacholę go rozebrało do siwego kaftana, siadł w nim dumać na ławie...
We dworze ucichło — spali wszyscy, wojewoda na komin polan dorzucać kazał, sen go nie brał. W duszy jego całe życie przechodziło płomieniami i czernią, wspomnieniami jasnemi i smutnemi. Stał jakby w progu nowego — a na stare się oglądał. Żal serce ściskał chwilami, to gniew brał górę — duma nim rzucała, wszystko zasłaniając sobą. Zemsty pragnął...
Tak długa noc posępna, cicho upłynęła cała w pół śnie, pół burzy tej dusznej, która czasu obliczyć nie dała. Zaczęło już szarzeć na dzień i ogień wygasał, gdy wojewoda jak siedział u stołu wsparty na ręku usnął.
Otwarłszy oczy zaledwie mógł im uwierzyć.