Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Capreä i Roma Tom I.djvu/260

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Wielu już przeczuwało, że ta czułość kryć cóś w sobie złowrogiego musiała, ale nikt jeszcze nie odgadł tajemnéj myśli Cezara. Chcąc uciec do jaskini Ulpa, napróżno Hypathos udawał chorobę i skarżył się na znużenie. Tyberyusz, pod pozorem czułości krokiem mu od siebie odejść nie dozwolił.
— Życie — rzekł doń smętnie — krótkie jest i zmienne, każda jego chwila droga... zostań dziécię i leż przy mnie....
Przerażony tym rozkazem Hypathos, który wiedział, że tam nań tęskno oczekiwano, drżał i płakał, ale łzy, na które z jakiémś podejrzliwém okrucieństwem, bojąc się być odgadniony, poglądał Tyberyusz, nic nie pomogły. Posądził go tylko o przebiegłość i wyczytanie swéj myśli Cezar — i przeraził się.
— To dziecko miałożby wiedzieć co myślę? — rzekł w duchu — dla czegoż te łzy, choroba, ten niepokój, którego nie okazywał nigdy?
Nadaremnie czekał Hypathos by starzec usnął... Cezar czuwał, zasypiał się i budził, a straże miały rozkaz nie wypuszczać z willi chłopięcia. Musiał nieszczęśliwy z niepokojem w duszy siąść w progu, nie mogąc dać znać swoim o sobie.
A bolał straszliwie, bo się lękał, aby go o brak duszy i męztwa nie posądzili, a cierpienie szarpało nim gwałtownie, jak człowiekiem, co potrzebuje krzyknąć, by dać znak życia, a słowa wyrzec nie może.