Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Capreä i Roma Tom I.djvu/257

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


chel nie mogą tu dłużéj pozostać; ty zginiesz wśród pogan, do których serce przyrasta... wielki jest czas uciekać.
— Ale sprzyjaż pora ucieczce? — spytał Hypathos nieśmiało.
— Nic nie stoi na zawadzie; jutro o godzinie nocnéj, czółno gotowém będzie, musicie wypłynąć...
Ruben zamyślił się głęboko, strach go ogarniał, lecz nic odpowiedzieć nie śmiał.... Morze, śmierć, nędza, stawały przed oczyma rozpieszczonego dziecięcia, ohyda położenia, męczarnie codzienne pieszczot obrzydłego starca, wstręt do pogan, przywiązanie do Racheli pociągało w drugą stronę... i nic nie rzekł milczący.
— Do jutra zostaniesz z nami? — spytał Helios.
— Muszę powrócić dziś jeszcze — odparł Hypathos — inaczéj wzbudziłbym podejrzenie.... gdyby izdebkę moją znaleźli pustą, Priscus rozesłałby ludzi....
— Lecz czy jutro przyjść będziesz mógł? — spytał Juda.
— Choćby uciec! — rzekł Ruben.
— Tak! uciec, wydrzeć się gwałtem! nieprawdaż? — przerwała Rachel — jutro, koniecznie jutro!
Ruben spojrzał w jéj oczy łez pełne.
— Jutro! — rzekł stanowczo — czekajcie na mnie... będę!