Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Capreä i Roma Tom I.djvu/247

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Jakto? Miałby go... ubić? na ołtarzu zamordować?
— Tak sądzę — rzekł zimno Thrasyllus — Tak się domyślam, zresztą nic nie wiem jeszcze... Ale chłopię mieć będzie z białego marmuru grobowiec...
Żyd, mimo obawy, z oburzeniem i zgrozą cofnął się składając ręce...
— Nie wiem — rzekł żywo — czy Bóg wasz może niewinną krew, przelaną zbojecko, przyjąć za dar miły! Przecież Rzym sam w podbitych krajach wytępiał z ludzi ofiary.
— Bo nie chciał by je barbarzyńskim Bogom składano — rzekł Thrasyllus wciąż spokojnie... ale Rzym zawsze miał prawo, w dobie wielkiego niebezpieczeństwa, krwią ludzką błagać swoich Bogów o jego odwrócenie... Zakopywano żywcem wśród Forum... bo w krwi i żywocie jest siła tajemnicza...
Dość było tych wyrazów Heliosowi, by zadrżeć o życie dziecięcia, do którego się tém więcéj przywiązał, że litość w nim budziły słabość jego, zniewieściałość, łzy i bojaźń kobieca; postanowił więc przyspieszyć ucieczkę Hypathosa i wyzwolenie jego rodziny, namawiając Ulpa, by nocą ciemną w swéj łodzi przewiózł ich na brzegi Surrentum. Sądził, że rzucone gdzie na skałach skrwawione suknie dziecięcia, zwiodą łatwo pozorem dobrowolnéj śmierci.