Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom III.djvu/122

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


szę i tęsknota wielka... a bramy w Koszycach jak stały, tak stały zaparte... Rada w radę, milcząc przystać musieliśmy, aby nam je otworzono.
Wstał Sędzia Janko z Ostrowa i rzekł grubym głosem.
— Z musu się na to wszystko pisało nie po dobrej woli, więc zgoda nie warta nic, a myśmy tako wolni jak przedtem byliśmy...
— I córki jego niechcemy! — krzyknął Nałęcz stary, a za nim podniosła się burza głosów wołających. — Nie chcemy!!
Wrzawa taka powstała, że Spytek obejrzawszy się i widząc że darmoby chciał przyjść do słowa. Siadł na ławie, ręką machnąwszy.
— Miłościwi, — zagadał Pobóg jeden — przywilejem królewskim, jaki on jest, pomiatać się nie godzi. Mnie się widzi, że byleśmy umieli, pętle z niego zrobić można, na której i Ludwika i następców jego wodzić będziemy mogli, jako się nam zda.
Zważcie i to, że król Kaźmirz ziemian gniótł chłopów głaskał, mieszczan wynosił, cudzoziemców sprowadzał, że rycerstwo za niego nie mogło nic, bo je jak Maćka Borkowicza głodem morzył i ścinał... a Koszycki przywilej ziemian podnosi tak, że teraz bez nich nie ruszy się nikt i jak oni zaśpiewają, wszyscy skakać będą musieli.