Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom III.djvu/120

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


król go żywił, a węgierek pięknych siła miał, do których, mimo sukni swej, mógł się przysiadać.
Szli do niego Wąż i Mleczko.
Przyjął ich Podkanclerzy z uśmiechem drwiącym na ustach...
Na wołania i skargi jedną miał odpowiedź...
— Posiedźcie w Koszycach aż wam się naprzykrzy, konie wyzdychają, a wy schudniecie i dobremu panu przestaniecie się sprzeciwiać... Dla jednej wielkopolski, że ma muchy w nosie, kraj cały cierpieć nie może...
Cóż wy lepszego od krakowian, czemu to co nam dobre, wam nie do smaku? — Przemysława się wam chce osobnego w Poznaniu, ale tego mieć nie będziecie.
Z za stołów zaczęto wołać.
— Zobaczemy!
Lecz zamilkli wnet i słuchali. —
— Poszliśmy z niczem raz i drugi i trzeci — mówił Spytek. Niektórzy chcieli z Koszyc przebojem iść, ale panowie duchowni nie radzili. Nie jeden zmiękł i powiadał, podpiszmy co siłą wymódz chcą, a potem zaprotestujemy...
Tu zaś do nas krakowianie biegać zaczęli modląc a prosząc, że wielkie wolności i przywileje dla rycerstwa i ziemian król daje, i na wszystko się pisać trzeba, aby je zyskać, bo ich potem już nikt odebrać nie potrafi.