Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom III.djvu/118

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wołano Wielkopolski, aby co Dobki i Zawisze postanowią my przyjęli z pokorą.
Wrzawa mu przerwała. Spytek pomilczał, brodę poprawił, wąsa pokręcił i mówił dalej.
— Rozmyślili się potem i zawołali nas do Koszyc... Jechaliśmy tedy tłumnie, a z tem postanowieniem żeby poradlnego nie dać — i córki na tron nie dopuścić...
Zwołano nas zrazu słodkiemi słowy, na lep biorąc — którym krakowianie aż się oblizywali.
Gdy przyszło do głosów — a Dobkowi wszyscy za soczewicę tron sprzedać ofiarowali się — myśmy się oparli.
Huknięto znowu i przyklaśnięto wołaniem.
— A opierać się będziemy... po kądzieli tron nie pójdzie. Piast się znajdzie...
Spytek poczekał, dał znak ręką i mówił znowu.
— Gdy Dobkowi zobaczyli, że przy swojem stojemy twardo, że nas ni starostwy, ni pieniędzmi, ni łaskami nie kupią — poczęli naprzód grozić... niełaską króla.
A no, kto łaską wzgardził ten i na niełaskę zważać nie będzie.
Chodzili koło nas, chodzili — nie zmogli. Co dzień spodziewali się, że zmiękniemy a napróżno. Jeden drugiego pilnował. Duchowieństwo błogosławiło...
Ciągnęło się tak już dni kilka, aż naostatek Jurga stary (tu wskazał na siedzącego) wniósł,