Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom III.djvu/094

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Bodczanka milcząc przyglądała się zbliżającemu orszakowi.
Rozeznać w nim było można ludzi zbrojnych, wozy skórami pookrywane, wreście jeńców przy nich idących z rękami w tył pokrępowanemi.
Fryda zapłonęła przeczuciem jakiegoś wypadku szczęśliwego i zdobyczy.
— Ale, patrzże — krzyknęła — prowadzą niewolnika... Jedzie dowódzca na przedzie...
Biały wpatrzył się, zdziwił mocno i począł z baszty zbiegać niecierpliwy. Fryda niezwykła była z nim razem ukazywać się w podwórcach — pozostała więc, wróciła do swej izby i czekała..
Wkrótce ogromnym okrzykiem rozległ się zamek... Nie było wątpliwości iż — łupy i jeńcy jacyś przybywali. Nie mogąc wytrzymać wybiegła do podsieni i tu jej, cały w płomieniach, uniesiony, szczęśliwy książę zwiastował, że Bylica zabrał niezmierne dostatki, cały obóz i skarb Jaśka Kmity.
Nie znający miary w niczem książę prawił już o mianowaniu Byłicy[1] wodzem naczelnym, swą prawicą — swym hetmanem.
Fryda, która o wszystkich ludziach służących Białemu wiedziała dobrze i umiała ich ocenić, ledwie zapalczywego mogła powstrzymać...

Zwycięztwo to — które zasiliło skarbiec księcia — było nietylko pożądanem dlań, bo jego

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – Bylicy.