Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom III.djvu/082

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


dla twojego mnicha — kochanka! Całą siłą ciągną na niego i zgniotą go, a nas razem z nim...
Przerwał Arnold, opisując przygotowania i donosząc, że z Sieradzia Jaśko Kmita ciągnie w pomoc Sędziwojowi z Szubina, i że Biały, pomimo największych wysiłków utrzymać się nie potrafi.
Fryda zciągnęła brwi, spojrzała na Ulryka, który siedział milczący, na ojca, który się już nie śmiał odzywać.
— Opuszczacie więc go? — zapytała głosem, w którym drgał gniew i męztwo razem.
— Musimy — rzekł Dobrogost zimno.
— Toście podli! — krzyknęła Fryda rzucając wejrzenie groźne...
Na tę obelgę z ust kobiecych, bracia nie odpowiedzieli, Fryda popatrzała znowu na milczącego ojca, jakby się od niego czegoś spodziewała — postała chwilę i krokiem powolnym cofnęła się z izby...
Po wyjściu jej, Ulryk poruszony, chciał wziąć jej i Białego stronę — zakrzyczano go...
Dobrogost rzekł stanowczo.
— Nie puszczę cię, choćbym się bić miał z tobą, a jużci braterskiej krwi dla tego warchoła, który źle skończy, lać nie warto...
Fryda wypłacze się i ukoi.
Nadeszła chwila wieczerzy... ale Fryda się nie ukazała.