Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom III.djvu/066

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Tacy rycerze ochotnicy, gdy w domu nie było co robić, ciągnęli w niedostatku krucjaty, do Krzyżaków i z niemi na Litwę jak na łowy...
Nawyknienie do bojów, do pochodów, do dzielnych zapasów, gonitw, do wymyślania wojennych podstępów — czyniło je potrzebą...
Dla Ulryka z Drzdenka, dla Gerarda ze Słomowa, dostać się jednemu na niebezpieczną a szaloną wycieczkę, drugiemu do zamku lichego, zagrożonego, który się tylko mógł dzielnością i nadzwyczajnym wysiłkiem obronić — było najpożądańszą rzeczą... Wyzwać się na rękę, okazać męztwo i zręczność — stawało się zadaniem życia, tęskniono za tem.
Gerard ze Słomowa nie młody już, bo miał dwu synów dorosłych, był takim łakomym na ciężkie zadania. Sam on się wprosił do zagrożonego Gniewkowa, zabierając z sobą do niego obu synów, i namówiwszy brata Bartosa...
Obejrzawszy zamek nowy starosta — spostrzegł dopiero że w istocie na baczności się w nim mieć było potrzeba. Nie uszło to oka jego, że miasteczko, podzamcze, okolica duszą całą była oddana księciu Władysławowi. Otoczony był jawnemi nieprzyjacioły, którzy milczeli ponuro, a nie jeden znich podchmieliwszy odgrażał się po cichu. Płatano mu sztuki różne podstępnie, winowajcy poszlakować nie było podobna.
Na takie usposobienie wielką tylko surowo-