Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom III.djvu/063

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


i szukać człowieka, któryby młotkiem jako tako mógł odprostować. Szyszak też był potłuczony...
Ulryk mimo to, śmiał się ciągle i radował męztwu a zręczności swych ludzi, chwaląc się tem że on wyszedł tak jak cały, a Jaroszowi krwi upuścił. W istocie bratanek biskupi zręcznym razem Ulryka raniony był w ramie, gdzie się dwie schodziły blachy...
Na Białego prawie nie patrzał Ulryk, tak gniewnym był, iż mu zwycięztwo wyrwał z rąk.
Gdy nadciągnął książę — wesoły szwagier zaczął żartować z niego... Ten miał doń żal nawzajem, iż nie dał mu znać aby przybywał.
Byliby się posprzeczali może, jak sasi z ludźmi książęcemi — gdyby Ulryk nie miał dobrego serca i wyrozumiałości dla Białego...
Ten chciał szturm przypuszczać do Raciążka, o którym ani pomyśleć z małą liczbą ludzi nie było podobna.
— Wiesz co? — odparł. — Księżemu zamkowi dajmy pokój! Kościelnej własności siła może jaka nieznana i niewidoczna broni — powiadacie że Gniewkowa jesteście pewni, jedźmy tam się pobawić...
Rad nie rad, Biały, któremu markotno było opuszczać Raciążek, przynajmniej okupu z niego nie wziąwszy — zgodził się iść do Gniewkowa...
On i Ulryk nawzajem sobie niepowodzenie to przypisywali; chociaż wina była Białego, który