Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom III.djvu/062

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


tylko jednego z nich brakło, który dopiero później nagonił uchodzących.
Po tej przygodzie, która go w wesoły humor wprawiła, Ulryk pospieszył Białego szukać...
On i jego ludzie stali jeszcze zabawiając się u wrót, rzucając na nie kamieniami i klątwami, a dziwując się że im nikt na to nie odpowiadał.
Przypadł Ulryk do Białego.
— Do kata! — krzyknął — wyście winni żeśmy zamku nie opanowali! Byliśmy już niemal w dziedzińcu... czemuście na pomoc nam nie szli...
Książę o bożym nie wiedział świecie — ruszył się dopiero, Ulryka z sobą ciągnąc nazad pod dzwonnicę — ale zapóźno było. W oknach jej stała załoga z kuszami, z kamieniami, ze smołą, tak swoim zwycięztwem rozgrzana, tak pełna zapału, że się już nie można było pokusić o zdobywanie wieży po raz drugi...
Biały z konia zachęcał swych ciurów, lecz ci nie okazywali nadzwyczajnej ochoty na rażenia się ani na strzały, ani na inne pociski oblężonych...
Nałajano się tylko z obu stron słowy najplugawszemi, i Ulryk pierwszy, widząc że tu już niema nic do czynienia, odstąpił na poblizką łąkę, aby dać sasom swoim odpocząć.
On też tego potrzebował, bo choć go miecz Jarosza nie tknął, zbroję mu w kilku miejscach powbijał niemal w ciało. Potrzeba ją było zdjąć,