Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom III.djvu/043

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Musiał więc ostatecznego użyć sposobu, i wlazłszy na blanki, że się spodziewał kogoś z ludzi Białego w pobliżu, począł wołać — Bywaj!!
Jakoż gdy trzykrotnie na różne strony powtórzył wołanie, posłyszał sykanie i lekkie huczki od dołu...
Pochyliwszy się — znowu nawoływać począł.
— Drabiny przystawiajcie, a rączo, bo teraz wszyscy śpią. Wrót otworzyć nie ma komu!...
Znalazły się snać przygotowane drabiny i w chwilę potem, na blanki drapać się zaczęli co najśmielsi. Tu ich Sumak i Trzysz przyjmowali, napędzając, aby się nie ociągali.
Wszystko było we śnie pogrążone.
Ze dwudziestu naprzód ludzi po drabinach wpadło na zamek, i zaraz po podwórcu się rozsypali wiązać pijanych, a broń im odbierać, co się tak szczęśliwie udało, że nikt prawie nie krzyknął, a wielu nie czuło co się z niemi dzieje.
Kilku do furty się dostało, i kluczy nie szukając wyłamali ją łatwo. Stał tedy zamek otworem już dla reszty i cała gromada Białego pod dowództwem Drzazgi na zamek wtargnęła.
Nie spieszono do starosty, bo Sumak ręczył że leży jak kłoda i ani go wiązać ani się o niego lękać nie potrzeba...
Zabierało się na dzień, gdy wszystko było skończone, a dwaj rybacy pospiesznie uszli.
Drzazga mając sobie wskazaną izbę Krysty-