Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom III.djvu/034

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


odpowiadającą krótko i rzeźko, spoglądającą nań z góry, rozkazującą — można było posądzić, że on był przebraną niewiastą, a ona mężczyzną.
Biały coraz większe dla niej miał uwielbienie, chciał się podnieść w jej oczach, bo mu często dokuczała szyderstwy, aby go do czynności pobudzić.
Dnia tego, Fryda wyszła była z komory swej na chwilę, bo ją często odwoływano. Niespokojną była i rozdrażnioną. Na zapytania księcia nie chciała jednak odpowiadać, bo zwykle taiła przed nim wszelkie trudności i małe niepowodzenia aby go nie zrażać niemi.
W czasie niebytności jej, Biały w myślach się zatopił, zachmurzył... Nie lubił być sam z sobą, bo go złe przeczucia ogarniały... Potrzebował zawsze kogoś, coby w nim wygasający ogień podniecał.
Najmniej do tego przydatnym był Bodcza, małomówny i ociężały, zabawiający przyszłego zięcia namową do kufla, bez którego sam obejść się nie mógł. Ulryk, Dobrogost, lub Fryda najmilsi mu byli, a w niedostatku ich, choćby Buśko, który albo śpiewał, lub śmieszył go, albo słuchał niedorzeczności które prawił.
Na dłuższy nieco czas pozostawionym sam sobie, książę zaczynał tęsknić i znajdować że — niepotrzebnie narazić go chciano na nowe niebezpieczeństwa...