Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom III.djvu/019

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


kroku, którego się wstydził i wyrzucał go sobie. Szczęściem gdy Gniewosz nadjechał, trafił na chwilę dobrą — książę postanowił był jechać.
Wyobrażał sobie iż powagą swą, wymową, dostojnością ujmie i oślepi wojewodę, a wymoże na nim, co zechce...
Zdawało mu się że sprawa teraz dobrze stała, lepiej niż kiedy.
Sędziwój wzywał go do układów — musiał więc od króla mieć skazówkę i pozwolenie na to.
Myśli tej schwyciwszy się książę, tryumfujący zawczasu siadł na konia.
Służbie nie powiedział wcale, dokąd się udaje, a dozwalał domyśleć się, iż do Drzdenka na krótko jedzie. Nie wziął z sobą nawet Buśka i jeden Lasota mu towarzyszył, a drugi parobczak niemy, którego zwykle używał, gdy chciał zataić, co czynił.
Z Pierzchna część gości się rozjechała nazajutrz. Oprócz Domarata pozostał ks. Iwo i Wilk. Ostatni spał dnia tego, bo dużo wprzód pił z wieczora.
Sędziwój sam na sam chcąc widzieć się i mówić z księciem, namiot sobie osobno rozbić kazał na piaszczystym brzegu jeziora — ludzi poodprawiał i tu niespokojny dość oczekiwał na Białego.
Szło o to wielce Gniewkowskiemu księciu, ażeby postawą nawet i powagą w wojewodzie poszanowanie obudził. Najpiękniejszą więc zbroję,