Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom III.djvu/016

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


że córki tylko ma, a u nas córki nie dziedziczą... Niedopuszczą ich, ani zięciów do tronu. Głośno to mówią.
— Wiem o tem — rzekł Sędziwój spokojnie — a no, gdy wielka wrzawa zawczasu, to i dobrze... Z wielkiej chmury mały deszcz bywa...
— Nie zawsze — szepnął ksiądz Iwo.
Do pewnej miary człowiek znosi cierpliwie — w końcu oszaleje...
— Właśnie gdy tak źle jest — począł Sędziwój — my cośmy królowi wierni, powinniśmy starać się radzić i złego nie dopuścić...
— Do Krakowaby z tem słać — rzekł Iwo — my sami nic nie zdołamy; albo raczej do Budy, bo z królową Elżbietą o tych sprawach darmo chcieć mówić — ona odsyła do syna.
— Tak — szepnął śmiejąc się Domarat — a syn odsyła do niej.
Spojrzeli po sobie, głowami potrzęśli i umilkli.
— To bieda — dokończył kasztelan.
Sędziwój potoczył oczyma dokoła, jakby chciał się przekonać, że między swemi jest i otwarcie mówić może.
— Trzebaż było na ten czas właśnie, gdy tu się wszystko burzy u nas, aby Biały przyszedł jakby wyzywać niechętnych...
Najmniej mu się poszczęści... gotowi się garnąć do niego... Dlatego wszystko muszę za-