Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom III.djvu/014

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Uparać by się z tem jak najrychlej — wtrącił Domarat. — Gdyby Białego który łucznik ustrzelił — nie gniewałbym się. Bogu ni ludziom z niego nic, a póki żyw, my spokoju mieć nie będziemy.
— Jabym tego przekonania był — zawołał Sędziwój, siadając na pieńku, żeby mu król dał do życia jaki wydział... Siedziałby spokojnie na nim.
— On! — podchwycił Domarat. — Nie utrzymał się w klasztorze, a miałby na małym kęsie dać za wygraną?
Parę miesięcy byłoby cicho... Szepnąłby mu kto... podszczuł, wyrwałby się znowu...
— Przecież go wiek warcholstwa oduczy! — westchnął Sędziwój.
— Ja w to nie wierzę — zakończył Domarat.
Poczęli się wszyscy sadowić, gdzie kto mógł przy wojewodzie, który posępnym był ciągle i w ziemię patrzał.
— Nie w porę nam też król z poradlnem przyszedł — dodał. — Ci co mu byli niechętni pono w niebogłosy znów krzyczą.
— I odgrażają się — rzekł Wilk.
— Po dworach się Nałęcze zjeżdżają i wiecują — krzyku dosyć — mówił Zębacz.
— Bo jest czego krzyczeć gdy skórę drą — wtrącił podkanclerzy poznański Iwo. — Niechby król z ziemian i kmieci brał, bo mu się coś na-