Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom II.djvu/175

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Zdrajcy! zdrajcy! wszyscy zdrajcy — ale ja się pokonać im nie dam... Zginę z mieczem w ręku, gołą garścią mnie nie wezmą.
Dał mu się wykrzyczeć stary, i zamilkł. Po chwili jednak zapał ten już przygasać zaczął, głos cichł, oko się zamgliło, książę padł na posłanie... Zaszła w nim zmiana, zaczął wypytywać Gniewosza o szczegóły, powtarzać sobie własne wyrazy Sędziwoja.
Badał i nie odzywał się już z tem co myślał... Trwało to dobry czas... Gdy Gniewosz zamilkł — Biały westchnął...
— Zresztą — rzekł cicho — cóż mi to szkodzi za poręką Sędziwoja na rozmowę się z nim udać potajemnie?? Jak sądzisz? Nie pochwyci mnie?
— Słowo dał... Zjechać się możecie gdzieś na uboczu...
Biały głęboko się zadumał.
— Gotówbym z nim mówić — rzekł. — Któż wie? Ja tu tak bardzo na nikogo rachować nie mogę... Lasota mi nie mówi nic, ale Buśko codzień przynosi wiadomość, że ktoś w nocy drapnął. Ludzie mnie opuszczają... Gdym płynął do ziemi świętej, pomnę, mówili marynarze, iż gdy okręt ma przepaść, szczury się z niego wynoszą.
To są szczury...
Znużony jestem, mój stary... Gdyby mi mój Gniewków oddali... niepotrzebowałbym więcej,