Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom II.djvu/174

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


lecz nim przybyły miał czas zdać sprawę ze swej wycieczki, Biały mu przerwał wykrzyknikiem.
— Wiesz, Gniewosz... ptak, którego mi w Gnieznie darowano, przepadł! Buśkę muszę kazać wsadzić w dyby...
Dziwny ten wykrzyknik pozostał bez odpowiedzi, książę też już o pytaniu zapomniał, o ptaku i o Buśku.
— Cóż przywozisz? — rzekł żywo.
Gniewosz z pewnem wahaniem rozpoczął ostrożnie opowiadanie... Biały słuchał go z pozornie natężoną uwagą... Brwi mu się ściągały.
Gdy stary w ostatku poselstwo swe sprawił, porwał się książę zapalczywie.
— Nigdy w świecie o łaskę ich prosić nie będę. Ginąć raczej, ginąć, jak mnie przystało, z mieczem w dłoni...
Sędziwój się mnie lęka!
Jakże ty stary niedołęgo, nie dopatrzyłeś tego, nie zrozumiałeś. Chcą mnie na lep ladajaki pochwycić...
Nie — nie! To co mówisz, dodaje mi otuchy... Czuję że mam siłę, że za mną kraj cały, Włocławek! myślą że się ulęknę tego iż mi go odebrali. Zrobili wysiłek... aby mnie przestraszyć...
Gniewosz zamilkł, nie mogąc przemówić słowa, tak prędko i zapalczywie książę sam się podbudzając coraz — zasypywał go słowami.