Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom II.djvu/172

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Naprawdę to mówicie? — spytał.
— Żart by mi nie przystał — odezwał się z powagą Sędziwój. — Sprawa nie na drwiny — bo w niej o żywot i poczciwość chodzi.
Bronić się może, miesiąc, dwa, ale w końcu osaczę go, wezmę i gdy mi się w ręce dostanie...
Tu zamilkł nieco.
— Cóż go czeka? — spytał Gniewosz.
— U mnie sprawa króla i pokój kraju pierwsze oko w głowie. Jeśli warchoł ma nam wiecznie pokój mącić...
Ręką pokazał na szyję...
— Rzecz skończona...
— Okrutnikiem nie będziecie — szepnął Gniewosz.
— Sprawiedliwym być muszę — ciągnął Sędziwój — a sprawiedliwość litości nie zna.
Gniewosz, pod którym nogi trochę drżały, przysiadł się w rogu na ławie.
Wojewoda tymczasem z plebanem rozmawiał, śmiejąc się. Żartował z niego, że go obje ze swym dworem...
Zwrócił się potem do gościa — który powoli z ławy się poruszył. Stanął naprzeciw niego.
— Wiesz co — rzekł — nie tak ja jestem serca okrutnego, jak sądzisz... — Znasz księcia, jedź do niego, powiedz mu niech w pokorę uderzy... będę sam za nim do króla przemawiał... Niech nie roi o piastowskiej swej krwi... ma przykład