Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom II.djvu/171

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


litość nad nim, i pomiarkowanie... Przecież w jego żyłach krew naszych królów płynie...
— Tak — przerwał Sędziwój, ale się ona tak zmięszała przez wieki z różnemi ścieki, że jej już tam nie poczuć i nie poznać...
— Żal go...
— A co to pomoże, gdy sam sobie szkodzi i nie żałuje siebie — podchwycił Sędziwój. — Mnie go też żal... a dla tego gdy moi żołnierze go ubiją, nie powiem słowa...
Niema dlań ratunku, tylko pokora i przebłaganie króla, którego zdradził...
— Wywłaszczono go niesprawiedliwie — rzekł Gniewosz.
— Jako żywo — sam on się wywłaszczył i wyprzedał, pieniądze wziął od Kaźmirza...
— Innym ponadawano dzielnice — odparł stary.
— Przecież mnichy nie panują, a on habit wziął, i choć go zrzucił, nie przestał być mnichem...
Zamilkł Gniewosz.
— Przyjacielem mu jesteście — rzekł, przybliżając się do starego wojewoda. — Zaprawdę, powinnibyście do opamiętania go przywieść. Gdy nas do ostateczności doprowadzi, zły go los czeka... poddawszy się, miałby we mnie orędownika...
Stary się namyślał.