Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom II.djvu/154

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Książę ochłonął, odszedł go gniew, dał znak Buśkowi, aby szedł precz. Śpiewak się do ziemi pokłonił i zniknął.
— Sokoł ten — powracając od progu począł książę — jest wielkiej ceny... króla godzien... Nigdzie, nawet we Francji i we Włoszech takiegom nie widział sokoła... Buśko się nie zdał na niańkę dla tego wychowańca... muszę go tu do was odesłać, bo mnie teraz nie czas się nim zabawiać.
Wieczerza była bardzo wesołą. Piękna Fryda sama nie siadając, krążyła około biesiadników, stając najczęściej u krzesła księcia... Bodcza pił tyle, że mu się kleiły oczy, Dobrogost żywy spór wiódł z Arnoldem, mieli więc sposobność Fryda i on szeptać z sobą poufale.
Dziewczę było śmiałe.
— Buśko mi po swojemu baśni prawił — rzekła — jakobyście wy mu moje pieśni śpiewać kazali... Nie wierzę temu... Gdybyście tęsknili za mną, nie zostawilibyście samej tak długo.
Książę — mnich był cały pod urokiem czaru, jaki kobieta wywiera, gdy dawno nie obcowało się z niemi poufalej. Wydawała mu się tak piękną, a nadewszystko tak ponętną tem, że mu jej oczy o miłości mówiły.
— Frydo — zawołał — Buśko nie kłamał, tęskniłem i dla was wyrwałem się ztamtąd, gdy mi oznajmiono, że wolną jesteś? Frydo — dodał