Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom II.djvu/117

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Musicie rodzinie za głowę zapłacić — i tyle...
To powiedziawszy, nie dając im czasu do rozmysłu, Nałęcz odezwał się głośno.
— Wrota otwierać — bronę podnieść, a do łańcuchów u brony nasi ludzie żeby byli.
Wysłani pokłonili się księciu, w stronę zamku dając od siebie znak, aby otwierano.
Rozsypani oblegający poczęli się zbierać u wnijścia, książę zatrzymał się jeszcze chwilę na pagórku... spoglądając zwycięzko ku zamkowi. Wrota otwierano... brona zwolna podchodziła do góry... Szarlej był zdobyty — kosztem życia jednego człowieka...
Z radosnym okrzykiem pierwszy oddział, w którym byli gniewkowscy ochotnicy i Drzazga zastępujący Szaszora... wpadł na zamek... Lasota towarzyszyć chciał księciu, który z pewną oględnością powoli, gdy już znaczniejsza część jego sił była na zamku, skierował się także ku niemu.
Czwarty gród już poddawał się szczęśliwemu zdobywcy, który miecza nawet z pochew nie obnażył... Nie wierzył sam szczęściu swojemu...
Drzazga i Lasota, nie pytając o rozkazy Białego, natychmiast objęli mury, postawili straże i przez szpary patrząc na tych, co od zemsty uchodzić chcieli, dali się im wymknąć bezkarnie.
Lasota, trochę polityk rachował na to, że