Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom II.djvu/083

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


trzeba go nocą dziś jeszcze porwać, a gdy się go ściśnie, musi Złotoryą nam poddać.
Książę w ręce klasnął.
— Natychmiast Szaszor z Sikorą weźcie ludzi i do Podgórki... związanego Romlika mi tu dostawić... Oszczędzim krwi i zachodu.
— Mało tego — odparł Szaszor — który znał dobrze miejscowości — nawet gdybyśmy we dwójnasób ludzi mieli, Złotoryi nie dobędziemy tak łatwo... Zamek mocny, a dwie rzeki go oblewają, ani Wisły, ani Drwęcy nie odwróciemy od niego, oblegać by trzeba, a i osaczywszy, nie łatwo się dostać.
— I właśnie dla tego nam ją wziąć jest koniecznem — zawołał książę. — Kto wie co może wypaść... Mieć w ręku zamek taki...
Książę nie dokończył, aby się nie zdradzić, ale tego tłumaczenia nie potrzebowali Szaszor i Sikora. Oba byli ludzie młodzi i na przygody łasi. Romlik starosta zdawna obu był nienawistny, bo się górą nosił i raz był Szaszorowi zagroził, a ten jako ziemianin i do rodu starego należący — przebaczyć mu tego nie mógł. Sam by się do odwetu na własną rękę nie porwał, ale mając księcia za sobą, rad był upokorzyć starostę.
Sikorze nocna wycieczka, napaść na dwór, bójka, po długim wypoczynku smakowała także,