Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom II.djvu/054

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


tak rzeczy dotąd źle stały, nareście mu się uprzykrzyły obiecanki próżne — przekonał się, że królowa nie może nic, a król nie chce. Pogniewał się na Ludwika... gotów siłą iść zdobywać, choć swą dzielnicę.
— To dobrze — krzyknął Dersław — to dobrze, gdy Gniewków weźmie, o co, spodziewam się, będzie łatwo — ochoty nabierze i do dalszych zdobyczy. Zadarłszy się z królem... naszym się stanie.
— I ja tak sądzę — rzekł Lasota — alem ja z tem do was przybył, abyście mu dali o czém i z kim się wydobyć z Budy.
Oprócz Buśka, który mu piosenki śpiewa i niedorzeczności prawi, niema nikogo. Królowa mu skąpo daje na utrzymanie, król umyślnie morzy go, aby opactwo wziął i nie bruździł mu.
Trzeba grosza i trzeba ludzi. Wielu ich przyprowadzić nie można, bo by to oczy zwróciło, choć kilku mieć musi, aby nas lada zbój na drodze nie odarł.
Dersław potarł włosa.
— A no — zawołał — jak tylko deszcz ustanie, który przecież wiecznie padać nie może, trzeba do Przedpełka, Szczepana i Wyszoty się udać... Oni coś obmyślą.
Deszcz w istocie ustał nazajutrz, a choć pora była jeszcze chłodna i wietrzna, Dersław wyru-