Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom II.djvu/053

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— A ty tu co robisz, niewierny człecze? — zawołał wesoło Dersław, ściskając go.
Lasota palec na ustach położył, znać dając, że podróż jego miała cel jakiś tajemny. Weszli do izby. Tu, dla powitania ulubionego powinowatego zaraz się zbiegli wszyscy, stary Dersław zauważył, że szczególniéj córka Piotruszka, rumieńcem i uśmiechem przyjaznym przyjęła gościa. Nie w smak mu to było.
Przed rodziną Lasota o powodach przybycia swojego nie powiedział nic nad to więcej, iż mu się do nich stęskniło, ale Dersław dobrze wiedział, iż coś ukrywać musi.
Poszli więc we dwu do komory starego.
— Co się z tym szalonym księciem stało? — zapytał Dersław.
Nałęcz ruszył ramionami.
— Ba — rzekł — szalonym go zowiecie, a jabym chciał w nim trochę więcej szaleństwa, a mniej rozmysłów. Dotąd, oto już lat dwa siedziemy w Budzie, prosząc się do Gniewkowa. Królowa nas zwodzi, obiecuje, męża męczy, a Ludwik się w oczy Białemu śmieje, do klasztoru go pędząc. Ani mnich, ni świecki człek, to habit przywdziewa, to zbroję, to się myśli żenić, to chce pokutować...
— Niech że go... — przerwał zniecierpliwiony Dersław — nie mów już o nim...
— Właśnie muszę — odparł Lasota, bo choć