Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom II.djvu/041

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


śledził ruch każdy przybyłych, pobiegł w ślad za Przedpełkiem do furty.
— Z opatem będziecie mówili? — począł szeptać. — O! o! to bardzo kuty człek i wielka potęga... Ludzie przed nim drżą, myśli zgaduje, a srogi jest... ale... (tu głos zniżył) klasztor potrzebuje wiele... łakomi są, podarkiem wiele zrobić można...
Oczyma dał znak i zniknął.
Przedpełk powróciwszy do swoich, opowiedział, z czem go odprawiono. Do opata sam iść nie życzył. Więcej powagi miało poselstwo całe, a i rozmowa, którą trzeba było prowadzić po łacinie, lub z pomocą Lasoty, jako tłumacza, bo ten język francuzów trochę umiał — łatwiejszą być mogła.
Znowu więc na mszę świętą ranną przybywszy, wszyscy w strojach swych paradnych, z niej wprost się udali do klasztoru.
Tu już na nich oczekiwać musiano, i zakonnik od furty krużgankami sklepionemi powiódł ich do izb, w których opat uroczyście zwykł był gości przyjmować.
Gmachy te ozdobne wielce, pełne rzeźb i malowań, okryte godłami i napisami, wspaniałością swą musiały na przybyłych wielkie uczynić wrażenie. Nawet ozdobny zamek krakowski, który za cudo uchodził, nie mógł się równać benedyk-