Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom I.djvu/159

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Nałęcz, czy ośmielony, czy probując — dorzucił jeszcze. —
— Piasta nam potrzeba było...
I na to stary nie rzekł nic jeszcze, rękę schylił i począł nią, zamyślony, przebierać różaniec..
Nastało milczenie przykre. —
Nałęcz się już więcej mówić nie ważył; czekał.
Książe swym grobowym głosem rzucił pytanie.
— Kogóż wam za wielkorządzcę dali?
— Ottona z Pilicy, Krakowianina — rzekł Dersław, nie tając niechęci. — Nie bywało to u nas jeszcze, aby ze wzgardą tej ziemi, obcych przysyłano — ale niewiasta rządzi.
Na twarzy Ziemowita, który siedział plecami do okna zwrócony, poruszenie jakieś widzieć się dało, lecz na ukrytych w cieniu rysach Dersław rozpoznać nie mógł, czy uśmiech przebiegł, czy pogardliwie skrzywiły się usta.
— Widzę, żeście nowemu panu nie bardzo radzi, przebąknął.
— On też nam nie ojcem ale ojczymem jest, rzekł swobodnie Dersław. Węgry mu milsze...
Książe poprawił się na siedzeniu...
— Trudno dwom i tak wielkim państwom panować razem — począł bardzo powoli. — Na jedno i mniejsze ledwie człowiek starczy, dniem i nocą czuwając...
— Wielkopolskaby też rada, jak to już by-