Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom I.djvu/158

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Z pańską obojętnością go przyjmował...
Nareszcie, gdy już Dersław tem zimnem milczeniem był potroszę zmięszany, stary książe głowę ku niemu zwrócił nieco i grobowym głosem odezwał się.
— Zkąd jedziecie?
— Od Poznania, rzekł Nałęcz. Rodzina nasza rozmnożona i rozsypana, a pod te czasy niespokojne rody muszą i wiedzieć o sobie i trzymać się gromady. Jeździłem po swoich, a niedaleko będąc Płocka, starego druha zamyśliłem nawiedzieć...
Odpowiedź ta czy zaspokoiła księcia czy nie zmilczał po niej znowu.. Utkwiło w nim to wyrażenie o czasach niespokojnych.
— Dla czegóż tam u was niespokojnie? — zapytał.
— Nie od dziś dnia tak u nas, — odparł Nałęcz. — Kraj daleko od oka pańskiego, wielkorządcy mu nie zawsze podołają. A co dopiero, gdy, jak ten, którego teraz mamy, obcy nam są.
Od granicy wpadają rozbójnicy Sasi i Brandeburgi — a za ich przykładem i ziemianie nasi puszczają się na łotrostwa. —
Dersław westchnął.
— Czuje to Wielkopolska iż pod obce poszła panowanie, dodał.
Stary książe powiódł ręką chudą po czole, zmarszczył się.. nie odpowiadał.