Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom I.djvu/151

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


to bardzo było krewieństwo) pana Mikołaja z Milanowa.
Ten, co u wrót języka od niego wziął, snać zaraz o tem podskarbiemu oznajmić musiał na zamek, gdyż nim Dersław w gospodzie, ledwie ją wynalazłszy, miał się czas rozmieścić — gdy już od zamku staruszek siwowłosy, niespokojnie pytając o gości, nadążył.
Zobaczywszy Dersława, zdumiał się mocno, gdyż mu powinowatego oznajmiono, a z tym się nie czuł krewnym. Powitali się jako starszy druhowie.
Nałęcz, zręczny zawsze człek, pół żartem mu się wytłumaczył, iż nieopodal będąc u Nałęcza, którego Zbikiem zwano, do Płocka dla widzenia go nawrócił.
Zerknął pan Mikołaj tak znając człeka, iż nie bardzo chciał wierzyć temu — lecz pokłonił się dziękując.
Mąż był pod żelazną ręką księcia Ziemowita do wielkiej baczności na wszystko przywykły, i w mowie wstrzemięźliwy.
Siedli na stołkach prostych... i poczęła się rozmowa, jak zwykle u starych, od przypominania dawnych czasów i ludzi, których im nie stało.
Mikołaj z Milanowa dopytywał o tych, których w Wielkopolsce dawniej znał, Dersław zagadywał, jak się jemu wiodło... Stary, choć bardzo jeszcze żwawy, na wiek swój utyskiwał, mówiąc,