Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom I.djvu/147

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Mnie już sen nie bierze — odparł Nałęcz — lada chwila dnieć pocznie, pojadę do swoich i byleście mi dali człowieka, co na drogę do Płocka przeprowadzi, ruszę dalej, bo tu robić nie mam co, a i was chcę uwolnić od niemiłej gościny.
— Nie wyście mi niemili, ale wszelakiego oka ludzkiego radbym ujść — rzekł Okoń. Nie chcę mieć pókim żyw do czynienia ani z książęty, ani ni z ich urzędnikami...
Gotówbym jak Gniewkowski Biały, ubić sędziego, gdyby mnie chciał ztąd wyganiać.
Zamyślił się Dersław.
— Cóż na to mówicie, jeśli Wielkopolanie mazowieckich Piastów zechcą?
— Sami powinni obrachować, w czyje się ręce oddadzą — rzekł Okoń. Jakim jest stary Ziemowit, takim będzie młody Ziemaszko... Janusz powolniejszy, ale i w tym krew odezwać się może...
Pomnę księdza w Płocku uczonego, który jednego wieczora bajkę nam opowiadał, jakoby żaby u Pana Boga o króla prosiły. Znudzony skrzekotaniem, kazał im belkę zrzucić... Nie rychło się do niej zbliżyć ośmieliły, lecz gdy postrzegły, że nieruchoma leży, jedna i druga skoczyła na nią. Nuż w krzyk, że im nie kloca, ale żywego pana potrzeba. Co Pan Bóg usłyszawszy bociana im posłał, a ten z nich dobrą brał dziesięcinę. Otóż obyście i wy Ludwika na Ziemo-