Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom I.djvu/129

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Choć tam nigdy prawie ludzie nie zaglądali, strzeżonego Pan Bóg strzeże; co noc musiała straż chodzić około gródka. Wyznaczył więc Okoń, kto miał czuwać do rana. Rozmowa się na czas przerwała, wyszli nawet na próg, zkąd gospodarz na czeladź zawołał, spytał, kędy na nocleg konie odprawiono, pogroził niedbałym i stanął nieco, wedle zwyczaju, powietrzem świeżem odetchnąć.
Noc wiosenna piękna była bardzo, woniejąca, a żaby w moczarach pod górą i słowiki w krzakach na wyprzódki chórem nuciły pieśń swą i gwiazdy mrugały dziwnie... na ciemnych niebiosach.
— Nie już nam spać się kłaść w taką noc, która bodaj od dnia piękniejsza jest — odezwał się Dersław. — Siądźmy gdzie i praw mi Ziemowitowe dzieje, bom ich żądny.
Przed wejściem do chałupy leżało kilka kamieni, które tam dawno przywędrowały, gdy gródek jeszcze przed wieki obwarowywano, siedli na nich, i Okoń po chwili powoli rozpoczął, już się prosić nie dając.
Przyszła mu ochota swoje omszone wspomnienia odżywić.