Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom I.djvu/091

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


rał... jednak z pomocą Bożą wielkie państwo przez niego urosło.
Janko z Czarnkowa uśmiechnął się.
— Stary mój — rzekł — widzę, że z waści nie lada dyalektyk, a no, posłuchaj mnie. Czasy były inne, świat prosty ludzi takichże wymagał, dziś nie to co po Popielach wziąć dziedzictwo.
Dersław mruczał nieprzekonany.
— Cóżbyście mieli przeciwko Mazowieckiemu Ziemowitowi?
— Ino to — rzekł Janko, iż gdybyście wy go chcieli, on was nie zechce. Odzyskał świeżo Płock, zbył się lenności, zostawiono go w pokoju, na Ludwika się nie porwie, dość ma doma roboty...
Nie nalegał gospodarz.
— Kaźka Szczecińskiego sam nieboszczyk król wychował — rzekł — pan jest możny i serca wielkiego...
— Ten też się nie porwie przeciw Ludwikowi — odparł Janko — ze Slązaków rozrodzonych żaden; Władysław Opolski jak i drudzy, zwłaszcza, że mu albo Ruś, lub inna dzielnica bez trudu się dostanie...
Dersław już miał się wydać z tem, o kim myślano w niedostatku innych — i wymienić Władysława Białego, lecz pomiarkował się, głowę spuścił i zamilkł.
Janko z Czarnkowa siedział smutny. Cały tak