Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom I.djvu/029

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


powściągliwie prowadzono o sprawach bieżących rozmowę, oczyma sobie dając znaki.
Opodal nieco od stołu, rycersko a pięknie wyglądający, w sukniach z przednich tkanin, w pół zbroi szmelcowanej, stał urodziwy bardzo mężczyzna.
Był to Otto z Pilcy.
Ten i dla urody, i dla gładkości obyczajów, a umiejętności przypodobania się, już był też na dworze starej królowej widziany dobrze i należał do tych, których jako przyszłych ulubieńców wytykano.
— Cóż tedy! — mówił powolnie, oczyma mierząc otaczających Wielkorządca poznański — król się nam obiecał do Gniezna?.. Trzeba go nam tam koniecznie. Nasi Wielkopolanie zazdrośni są, żeście nam korony z Gniezna zabrali i starą stolicę poniewieracie. Niechbyśmy go choć u grobu Mieszka zobaczyli.
Dobiesław uśmiechnął się.
— Po co króla trudzić? — odparł — albo to my a wy nie jedno stanowimy ciało?
Wszakci Bogorja wasz go nam wszystkim ukoronował?
Westchnął Przedysław.
— A no — rzekł — Wielkopolany nie poniewierajcie. Korona ta, coście ją sobie do Krakowa wzięli, u nas ukuta została.