Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom I.djvu/018

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


mogła. Rzucała wejrzeniami tu i owdzie, dawała znaki, a szła, zapominając się, tak żywo, iż co kilka kroków stawać potem musiała, aby ci, co ją poprzedzali, oddalić się czas mieli.
Obok niej stąpała powoli, z marmurową twarzą zastygłą, z oczyma spuszczonemi, wdowa Kaźmirzowa, Jadwiga, w czerni cała, zadumana, jakby myślami nie tu już była, ale gdzieindziej.
Dwoje jej dziewczątek, córek pańskich, płakało, i chustami twarzyczki białe zasłonięte miały, a potykały się coraz na kamieniach i słaniały biedne sieroty...
Dokoła tłum węgrów cisnął się, półgłosem, językiem nieznanym rozprawiając, palcami ukazując na ulice i domy, a nie czyniąc sobie żałoby z tego, co dla nich było weselem i rozrywką.
A gdzie się tłum ku nim nasunął, wnet pięść podnosili nań i marszczyli brew, i za miecze się brali.
Panami się tu czuli.
Przed trzema kościołami zatrzymywał się pochód, mary i tłumy; naostatek na Wawel do katedry ciągnęło wszystko.
Droga do Wawelu, dziedzińce zamkowe, bramy, mury, wszystko już lud zalegał gęsto.
Do kościoła ledwie dostojniejszych wpuszczano. Rycerstwo musiało cisnących się powstrzymywać, a krzyki stłumione słyszeć się dawały co chwila.