Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Biały Książę tom I.djvu/017

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


i nie widząc tylko jego, jakby czekał słowa, rozkazu, znaku.
Niekiedy téż Ludwik spoglądał ku niemu, jakby pytał: — Kiedy się to skończy?
Z drugiego boku postępował za królem mąż piękny, wątłej postawy, niewieściego miłego oblicza, oczu czarnych, gorących, ruchów żywych i niespokojnych. Był to Kaźko książe, Szczeciński, nieboszczyka ulubieniec, wychowanek i wnuczę...
Ten roztargniony stąpał, to tu, to owdzie rzucając oczyma, a na niego ciekawie oglądało się wielu. Był swój — a teraz i on na obcych łasce.
Szeptano cicho, że testament królewski, którym on wielu i to książątko obdarzył, łamać miał Ludwik, a nie myślał woli zmarłego spełnić.
Dalej szły zasłonami czarnemi całe okryte niewiasty.
Stara królowa, wdowa węgierska, Łoktkowa córka, naprzód. Dziw było spojrzeć na nią.
Ludzie lata jej, wiedzieli i liczyli, syn też czterdziestoczteroletni mąż, ją poprzedzał, a królowa jeśli nie wydawała się młodą, przynajmniej chciała nią być jeszcze.
Wprawdzie na twarzy trochę marszczków gdzieniegdzie ją porysowało, ale lice było rumiane, świeże, białe jeszcze, oczy błyszczące, a z pod zasłon widny włos nie okazywał siwizny. Jużci chciała mieć na ten dzień twarz smutną, a nie