Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Łoktek na łożu śmierci.djvu/33

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— I takim to ludziom możemy się dostać w ręce! — szeptały panny.
— Kto? my? — znowu odpowiedziała księżna. — Alboż tu niema zamku, dział i ludzi, alboż nie ma wody w Ikwie i pasa u sukni, żeby się w ich oczach udusić.
— Ale ich tylu!
— Nas mało, ale z nami Bóg chrześcijan i walczyć będziemy na swoich śmieciskach.
Na te słowa pełne zapału a tak niezwyczajne w ustach kobiety, wszedł książę wojewoda.
— Niech żyje bohaterka! — zawołał całując ją w czoło. — tak mówić, tak myśleć trzeba, a nigdy u nas tatar nie będzie! Ale zresztą, moja panno, jeszcze oni zapewne daleko, bo to są tylko głuche wieści. My tymczasem myślmy o weselu. Jak utną z dział zamkowych na vivat, niech wówczas idą, a przyjmiemy ich dobrze, na rany Chrystusa!
W istocie nie bardzo było czego się bać w Dubnie, bo na ówczesny sposób wojowania, ta warownia, której później Chmielnicki próbować nawet nie chciał zdobycia, była dość mocna. Dokoła oblana wodą Ikwy, wielkiemi stawami otoczona, niezbyt wprawdzie wyniosła, ale dla murowanych a wysokich rowów niedostępna, mogła się długo bronić wojsku, któreby jej burzyć działami polowemi nie mogło. Trudno także było zapaśne zamczysko