Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Łoktek na łożu śmierci.djvu/32

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ze drżeniem, księżna Beata, jakby ocucona z myśli głębokiej, zapytała:
— Cóż się stało?
— Nic dotąd, księżna pani — odpowiedziała, zająkując się — ale, ale mówią, choć książę wojewoda mówić o tem zakazał, że tatarzy idą.
— Tu idą?
— Ach? zapewne tu? Ćma słyszę niezliczona! Ja się tak strasznie boję tatarów! — szczebiotała dalej. — Takie poczwary ogorzałe z przypłaszczonymi nosami, ze ślepiami czarnemi, z odstającymi uszami, co się rodzą ślepemi, jak szczenięta, żyją końskiem mięsem i w Świętą Trójcę nie wierzą! o, jak ja się ich boję!
— A ja nie — odpowiedziała panna młoda, odrzucając włosy — bo pierwszego, coby do mnie śmiał przystąpić, pewniebym zadusiła.
Wszystkie zamilkły i wszystkie uwierzyły.
— Wzięliby nas i odesłali do seraju sułtana swojego, ci ohydni poganie — mówiła drużka — a choć cudy o nich prawią, niech nas Bóg wcielony od tych rozkoszy broni a naprzód od ich wiary pogańskiej, wedle której, jak ksiądz Makary powiada, kobiety nie mają duszy.
— Nie mają duszy, panno Stanisławo — zawołała księżna — a czemżeby żyły! prawdziwie pogańska ślepota!