Strona:PL Hugo Zathey - Antologia rzymska.djvu/36

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


TYNDAR.

Czy mi więc nie przestaniesz wyrzucać niewoli,
Iż pojmany zostałem?

ARISTOFONT.

Wstrzymać się nie mogę!

TYNDAR.

Czy słyszysz, co on mówi ? Czemuż nie uciekasz ?
Już on na nas kamieńmi zaraz godzić zacznie,
Jeśli go nie pochwycą.

ARISTOFONT.

Prawiebym oszalał!

TYNDAR.

Uczy mu się już palą — powroza! — Hegionie,
Czy widzisz, jak po całem ciele występują
Już mu żółtawe plamy? żółć go czarna pali.

ARISTOFONT.

O, ciebie to zaiste, jeśli starzec mądry,
Niech pali smoła czarna i mech się zaświeci
Na twej głowie u kata.

TYNDAR.

Już gada w gorączce.
Ot , widma już go dręczą.

HEGIO.

Kazać go pochwycić?

TYNDAR.

Natychmiast.

ARISTOFONT.

Czemuż nie mam kamienia pod ręką,
Abym temu łotrowi mógł wybić mózg ze łba,
Który mnie swemi słowy chce zrobić szalonym.

TYNDAR.

Słyszysz, już chce kamienia!

ARISTOFONT.

Chcę z tobą, Hegionie,
W cztery oczy pomówić.