Strona:PL Herbert George Wells - Podróż w czasie.djvu/72

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

jak-em pełzał wśród ruin oświetlonych przez księżyc, natykał się na te dziwne jakieś istoty w czarnym cieniu. Wreszcie, gdym się położył na trawie niedaleko sfinksa, zapłakałem w ostatniej rozpaczy, a nawet w gniewie nad własną głupotą: jak mogłem tak porzucać machinę, a wraz z nią całą siłę swoją! Nic mi nie pozostało, prócz nędzy.
Potem usnąłem, a gdym się przebudził, dzień już był jasny i para wróbli podskakiwała na trawie koło mnie; mogłem ich dosięgnąć ramieniem.
Podniosłem się, czując świeżość poranku, starając się przypomnieć sobie, jak się tu dostałem i dlaczego odczuwam tak silnie opuszczenie i rozpacz. Wszystko wreszcie stanęło mi jasno w umyśle. W pełnem, otrzeźwiającem świetle dziennem mogłem już odważnie spojrzeć w oblicze temu położeniu, w jakiem się znalazłem. Spostrzegłem teraz szalony nierozum swój w tej ubiegłej nocy; mogłem już rozumować sam z sobą. Przypuśćmy co może być najgorszego — rzekłem — przypuśćmy, że machina przepadła, może została zniszczoną... Wypada być spokojnym, cierpliwym, obeznać się ze zwyczajami ludu, dowiedzieć się w jaki sposób poniosłem stratę, przekonać się, czybym nie mógł dostać potrzebnych materyałów i narzędzi dla zrobienia sobie już w ostateczności nowego zupełnie okazu? Niechże to będzie moją jedyną nadzieją; licha to nadzieja, co prawda, ale w każdym razie lep-