Strona:PL Herbert George Wells - Podróż w czasie.djvu/71

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

— Gdzie moja Machina Czasu? — wrzeszczałem jak rozłoszczone dziecko, szarpiąc ich rękami, wstrząsając jednego po drugim.
Musieli patrzeć na mnie jak na waryata. Niektórzy śmieli się, inni spoglądali z bolesnem przerażeniem. Otoczyli mnie kołem. Wpatrywałem się w nich już teraz spokojniej; wróciła mi rozwaga: poznałem, że postępuję jak głupiec, jak tylko można najgorzej w danych warunkach, gdy tak staram się obudzić w nich uczucie strachu; wnioskując bowiem z ich zachowania się w ciągu dnia, powinienem był wiedzieć, że przecież musieli już zapomnieć co to strach.
Nagle rzuciłem zapałkę i, potrącając jednego z nich w biegu, wpadłem na oślep z powrotem do sali jadalnej i wybiegłem na światło księżyca. Usłyszałem za sobą głosy przerażenia i szybkie stąpanie drobnych nóżek; biegali na wszystkie strony. Nie przypominam sobie już com robił, gdy księżyc wzbił się już wysoko na niebo. Przypuszczam, że nieprzewidywana strata — strata jedyna w swym rodzaju — doprowadziła mnie do szaleństwa. Czułem, że jestem bez nadziei odciętym od mego własnego rodzaju, że jestem dziwnem jakiemś zwierzęciem w kraju nieznanym. Miotałem się ustawicznie, krzycząc i wyrzekając głośno na Boga i przeznaczenie. Pozostało mi wspomnienie strasznego znużenia w ciągu tej długiej nocy, spędzonej w zgryzocie; zapamiętałem żywo jak-em patrzył to w jednę, to w drugą stronę,