Strona:PL Herbert George Wells - Podróż w czasie.djvu/68

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

mego umysłu. — Nie — powiedziałem sobie śmiało — to nie jest trawnik.
A jednak to był trawnik! Biała, trędowata twarz sfinksa zwrócona była ku niemu. Czy wystawicie sobie czego naraz doznałem? Nie, nie zdołacie sobie wyobrazić. — Moja Machina Czasu przepadła!
Nagle, jakby mi dłoń niewidzialna a potężna wymierzyła policzek, na umysł mój spadła ćma myśli: a możeś ty na zawsze utracił ten świat, któryś tam zestawił, i tak bez ratunku, już pozostaniesz w tym nowym, tak dziwnym, tajemniczym świecie... Sama myśl o tem sprawiała mi prawdziwie uczucie fizycznego bólu; czułem, że chwyta mnie za gardło i dusi. Po chwili ogarnęła mnie namiętność strachu; biegłem po pochyłości, w wielkich susach i podskokach. Raz upadłem jak długi, podrapałem sobie twarz, pokaleczyłem się, alem nie tracił czasu na tamowanie krwi, skakałem i biegłem, wciąż czując ciepłą strugę na twarzy i podbródku. Przez cały czas mówiłem sobie: — «Odsunęli ją cokolwiek, zepchnęli w krzaki na ścieżkę». — Biedź jednak nie przestawałem i biegłem co sił starczyło. — Przez cały ten czas przekonanym będąc, że nastąpi coś strasznego; teraz już wiedziałem, że owo pocieszanie się nadzieją jest niedorzeczne. Instynktownie czułem, żem machinę moją raz na zawsze utracił. Oddychałem z trudnością. Przypuszczam, że całą odległość od wierz-